Atak klonów.

… i wcale nie chodzi o tytuł drugiej części kultowych już gwiezdnych wojen. 
Atak ten następuje codziennie na ulicach, w sklepach i uczelniach. 
Klonami są kobiety, mężczyźni (dziewczyny, chłopcy?) w tych samych ubraniach, podobnych fryzurach, identycznych makijażach.
Chodzące reklamy zagranicznych marek, sieciówek.

Idziesz i raz za razem przeżywasz déjà vu. Gdzieś już ją widziałam? Znamy się? To ten sam co w sklepie za rogiem?

Ale w tym tłumie czasem znajdzie się ONA. Wyjątkowa, unikalna. Idzie w krótkich czerwonych włosach, z czarnymi paznokciami, bez makijażu. Odprowadzam ją wzrokiem do samego przystanku tramwajowego,  wdycham odmienność pachnącą kwiatem wiśni. I zapada mi w pamięć na parę tygodni. A potem mieszam się w tłum ludzkich kopii.

„Na  tym świecie, gdzie wszystko wydaje się ważniejsze od bycia sobą, autentyczność jest cechą tak rzadką, że nic nie powinno jest skazić”. Napisał ktoś mądry (choć nie mam pojęcia kto). Ludzie tak chętnie, sztywno trzymają się przetartych ścieżek i kanonów. Nie chcą się wyróżniać, nie chcą czuć na sobie spojrzeń innych. Bezpiecznie jednakowi.
„Ludzie-klony” z podniesioną głową chodzą ulicami, przeglądają się jak w lustrze w twarzach swoich sobowtórów.

Jutro idę do fryzjera. Nie zrobię sobie ombre.  Przytnę moje krótkie do ucha czarne jak smoła włosy. A rano nałożę na twarz krem nivea i tusz do rzęs. Nie będę konturować twarzy (bez znaczenia jest fakt że nie potrafię tego zrobić). Wtulę się w szalik własnej roboty (szary i owszem), wyjdę na zewnątrz i będę przyjmować spojrzenia innych na mą wątłą klatę.

Pani Szarość. Nie taka ładna jak unikalna.